Bo chciał mówić z dziećmi po polsku

    Bo chciał mówić z dziećmi po polsku

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Głos Koszaliński

    Wojciech Pomorski. Przez ostatnie 4,5 roku widział swoje córki przez 13 godzin.

    Wojciech Pomorski. Przez ostatnie 4,5 roku widział swoje córki przez 13 godzin.

    Wojciech Pomorski od kilku lat walczy z niemieckimi i austriackimi sądami, organizacjami opiekuńczymi z tych krajów oraz byłą żoną Niemką o prawo do widzeń z córkami.
    Wojciech Pomorski. Przez ostatnie 4,5 roku widział swoje córki przez 13 godzin.

    Wojciech Pomorski. Przez ostatnie 4,5 roku widział swoje córki przez 13 godzin.

    W Parlamencie Europejskim

    W Parlamencie Europejskim


    W grudniu 2006 roku dziesięcioro obcokrajowców różnych narodowości, w tym Wojciech Pomorski, wystąpiło do Parlamentu Europejskiego w sprawie uznania Jugendamtu za instytucję nielegalną w Unii Europejskiej. Napisali: "Jugendamt zmierza do następujących niejawnych celów: każdemu dziecku należy przeszkodzić w opuszczeniu obszaru Niemiec, władza rodzicielska ma natychmiast być oddana rodzicowi niemieckiego pochodzenia, dzieci należy ochraniać przed pielęgnowaniem przez nie drugiej kultury i języka, co w praktyce oznacza ich germanizację i wynarodowienie. Jugendamt to instytucja polityczna. Jego samowolnej władzy oraz powiązań z urzędami sądowymi nie można pogodzić z zasadami prawa ani z podstawowymi prawami jednostki". W styczniu 2007 roku Komisja Europejska uznała, że Jugendamt łamie prawo wspólnotowe. W czerwcu przedstawiciel rządu Niemiec przeprosił Wojciecha Pomorskiego. Działania Jugendamtu trafią teraz pod obrady Parlamentu Europejskiego.



    Jego historia to cierpienie, ból i bezsilność.

    - Iwonka Polonia skończyła kilka dni temu osiem lat. Nie mogłem jej ucałować, dać prezentu - mówi przez łzy Wojciech Pomorski. Jego starsza córka, Justyna, ma prawie jedenaście lat. - To już pewnie pannica - wyobraża sobie tata.
    Wojciech Pomorski, który dzieli życie między Bytowem a Hamburgiem, spędził bez ukochanych córek kolejne święta. W Boże Narodzenie rozłąka bolała bardziej.

    - Moja była żona ukrywa nasze córki. Pomagają jej w tym zagraniczne sądy i organizacje. A wszystko dlatego, że chciałem rozmawiać z Iwonką i Justynką po polsku - opowiada bytowiak.

    Emigracja, ślub, dzieci
    Młody Wojciech wyjechał z Bytowa do Niemiec w 1989 roku. Najpierw był w Berlinie. Po kilku miesiącach osiadł w Hamburgu. Tam poznał swoją przyszłą żonę Tanję Marię. Pobrali się w 1995 roku.

    Owocem ich miłości są dwie córki. Justyna przyszła na świat w 1997 roku, a Iwona Polonia w 1999 roku.
    - Kochałem Tanję. Żona przeszła na katolicyzm, nauczyła się polskiego. Rozumieliśmy się. Tak przynajmniej mi się wtedy zdawało. Teraz na wszystko patrzę inaczej - mówi dziś Wojciech Pomorski.

    Od samego początku nie najlepiej układały mu się stosunki z rodziną Tanji. - To bardzo prości ludzie. Nie mogli pogodzić się, że w naszym domu mówi się po polsku, że jesteśmy katolikami. Oni są luteranami. Szczególnie prowokacyjnie zachowywała się babka żony. Krzyczała, kiedy córki mówiły po polsku. To samo ojczym Tanji. Żona mówiła mi, abym się tym nie przejmował, abym nie reagował - wspomina mężczyzna.

    I to według niego był największy błąd. Kiedy napięcie w rodzinie sięgnęło zenitu, żona zerwała kontakty ze swoją rodziną. Aż na rok. - To mnie niepotrzebnie uspokoiło - ocenia dziś nasz rozmówca.

    Ostatnia wizyta
    Tanja w końcu pogodziła się z rodziną. A Wojciech zaczął jeździć na studia na Uniwersytet Śląski w Katowicach. Dwa razy w miesiącu nie było go przez kilka dni.
    - Wtedy zauważyłem, że moja żona zmienia się. Stała się agresywna. Dzieci zaczęły szeptać po polsku, tak jakby się czegoś bały. Zaczęliśmy z Tanją oddalać się od siebie.

    W kwietniu 2003 roku zmarła babcia Wojciecha. - Żona nie chciała jechać ze mną do Bytowa. Nie chciała puścić dzieci. W końcu przyjechała. To była ostania wizyta Justynki i Iwonki w Polsce - mówi smutno bytowiak.

    Kilka kolejnych miesięcy to - według niego - przygotowania Tanji do ucieczki z dziećmi z domu. - Zaczęło się ukradkowe pakowanie, oddawanie rzeczy. Wtedy nie łączyłem tego w całość.

    Żona zabrała dzieci i uciekła
    9 lipca 2003 roku to data, której Wojciech Pomorski nie zapomni do końca życia. Wyszedł rano do pracy. Wrócił około godz. 16. Nikogo nie było w domu. Nie było rzeczy. Zaczął wydzwaniać. Telefony nie odpowiadały. W końcu dodzwonił się do rodziców Tanji. - Wynocha. Jak się tu tylko pojawisz, to cię pogonię kijem
    bejsbolowym - usłyszał od ojczyma żony.

    Wtedy jeszcze nie wiedział, ale Tanja z córkami była już w domu dla kobiet z dziećmi. - Chcieli mieć "podkładkę", że ona jest ofiarą i że nie ma gdzie się podziać - relacjonuje ojciec Justyny i Iwonki. Policja nie chciała przyjąć złożonego przez niego zawiadomienia o porwaniu dzieci.

    O losie jego córek zaczęła do tego momentu decydować potężna organizacja Jugendamt, czyli państwowy urząd do spraw dzieci i młodzieży. - Cztery miesiące bawili się ze mną w kotka i myszkę. Chciałem zobaczyć dzieci, a oni odsyłali mnie, każdego dnia piętrząc biurokratyczne bariery. Nie wytrzymałem. Chciałem się zabić. Teraz wiem, że łamali prawo. Zresztą nadal je łamią - oznajmia Wojciech Pomorski.

    Po czterech miesiącach doszło do sprawy sądowej z żoną o prawa rodzicielskie. - Przyznano mi prawo do kontaktów z dziećmi. Zgodziłem się na tzw. spotkania nadzorowane, aby móc tylko zobaczyć swoje córeczki. Myślałem, że to koniec gehenny. Okazało się, że nie. Szef komórki Jugendamtu oświadczył mi, że dojdzie do spotkania, jeśli będą rozmawiał z dziećmi tylko po niemiecku. Nie zgodziłem się. Nie pozwolono zobaczyć mi dzieci - denerwuje się Wojciech Pomorski, choć mówi o sytuacji sprzed kilku lat.

    Zażądał tego, co powiedział mu szef Jugendamtu, na piśmie. Nie dostał. Na przemian przekonywano go i szantażowano. Ciągle słyszał, że "tutaj językiem urzędowym jest niemiecki i tu się mówi tylko po niemiecku. Mówienie po polsku nie jest dla dzieci dobre".

    Liczyli, że nie wytrzyma

    Jugendamt liczył, że ojciec nie wytrzyma i zgodzi się na kontakty z dziećmi tylko w języku niemieckim. Ale Wojciech Pomorski nie dał za wygraną. Założył sądową sprawę o dyskryminację języka polskiego.

    - Wtedy Jugendamt dał znać, że jest szansa na spotkanie z dziećmi. To była kolejna gra na zwłokę, bo zaczęli mówić, że z żoną nie ma kontaktu. Później dowiedziałem się, że Jugendamt wywiózł ją i dzieci do Wiednia - nie kryje oburzenia bytowiak. Złożył kolejne zawiadomienie o porwaniu. Z wiadomym skutkiem. Umorzenie.

    Do Wiednia Justynkę i Iwonkę wywieziono w styczniu 2005 roku. Minęło więc ponad półtora roku od dnia, kiedy ojciec widział je po raz ostatni.

    Wojciechowi Pomorskiemu udało się jednak wywalczyć akta Jugendamtu dotyczące córek. - Dobrze, że ujrzały one światło dzienne. Niech nikt nie myśli, że Niemcy to wolny i demokratyczny kraj. W aktach napisano wyraźnie, żeby nie pozwolić mi na kontakty z córkami, bo mogę je porwać. Oczerniano mnie, że jestem "agresywnym polaczkiem". Przestrzegano, że jak pozwoli mi się na kontakty z córkami w języku polskim, to inne nacje też będą chciały kontaktów w swoich ojczystych językach - mówi ojciec.

    W maju 2005 roku doszło do sprawy rozwodowej w Hamburgu. - Połączono ją ze sprawą widzeń z dziećmi. Sąd nas rozwiódł i orzekł, że w maju mam mieć dwa spotkania z dziećmi. A po pozytywnej opinii kolejne - opowiada Wojciech Pomorski.
    Doszło do dwóch kilkugodzinnych spotkań nadzorowanych. Żadnej intymności. Ojciec, który nie widział córek dwa lata, musiał znosić w pokoju obecność kilku obcych osób. - Wyściskałem Justynkę i Iwonkę. Długo tuliliśmy się do siebie. Niestety córki nie potrafiły już mówić po polsku. Iwonka, kiedy odchodziła, bardzo płakała - opowiada jej tata.

    Co mówili niemieccy urzędnicy
    Ale dla mężczyzny najważniejsze było to, że mógł zobaczyć córki. Zaczął żyć nadzieją na kolejne spotkania. Miały być ferie, wakacje. Już je planował.
    - Niestety, żona i Jugendamt znowu zaczęli swoje. Utrudniano mi spotkania, straszono. Złożyłem mnóstwo skarg, powoływałem się na międzynarodowe traktaty. Co usłyszałem od niemieckich urzędników? Że to wszystkie brudne g... - twierdzi Wojciech Pomorski.

    Jugendamt oskarżył go o napaść. Sąd ukarał go grzywną, którą zniosła druga instancja. Wojciech Pomorski założył sprawę Jugendamtowi. Zresztą procesów jest już kilka. Wzajemnych.

    W 2006 roku Wojciech Pomorski wywalczył kolejnych kilka krótkich spotkań z dziećmi. Były nadzorowane. Ostatnie odbyło się w listopadzie 2006 roku. Trwało godzinę i piętnaście minut.
    - Jestem kopany i bity. Podnoszę się i znowu jestem kopany i bity - tak wygląda moje życie, moja walka o córki - mówi mężczyzna. Jugendamt od roku znowu utrudnia mu spotkania z córkami. - Teraz ciągle przesłuchują Iwonkę i Justynkę. Dzieci zostały wytresowane. Mają zeznać, że chcą spotykać się ze mną tylko przy innych. Jugendamt zniszczył naszą więź emocjonalną i językową, ale nie poddam się - zapewnia Wojciech Pomorski.

    O polskie paszporty

    Dzieci Wojciecha Pomorskiego mają też obywatelstwo polskie. Są zameldowane w Bytowie. Mężczyzna złożył wniosek w tutejszym sądzie o wydanie dla nich polskich paszportów, bo mają tylko niemieckie. Sąd odrzucił wniosek, stwierdzając, że właściwym sądem jest sąd austriacki. Wojciech Pomorski złożył zażalenie do Sądu Okręgowego w Słupsku.

    Stowarzyszenie
    Wojciech Pomorski założył Stowarzyszenie Pokrzywdzonych Rodziców Obcokrajowców w Niemczech. Należą do niego nie tylko Polacy. Stowarzyszenie pomaga prawnie rodzicom w walce o dzieci z małżeństw dwunarodowych.

    Andrzej Gurba
    andrzej.gurba@gp24.pl

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze (25)

      Wszystkie komentarze (25) forum.gk24.pl

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama